Życie Mojżesza od samego początku nie było usłane różami. Jego matka narkomanka porzuciła go od razu po narodzinach, a lata jego młodości przetykane były różnego rodzaju problemami, dzięki którym chłopak zyskał reputację trudnego.

Jest też Georgia. Uwielbia konie i nie odpuszcza, dopóki coś jej się nie uda. A że lubi trudne przypadki, nie powinno dziwić, że Mojżesz, przystojny, lecz nieco przerażający i dziwaczny nastolatek, zafascynował ją niemal od pierwszej chwili.

A jednak relacja, jaką nawiązują ze sobą Mojżesz i Georgia, nie od początku maluje się na różowo. Mnóstwo tu wzajemnego niezrozumienia, emocjonalnego przepychania się i walki o to, które pierwsze ulegnie. Bo to, że któreś w końcu ulegnie i da się temu uczuciu porwać, jest przecież nieuniknione.
Tylko że cała ta historia jest w gruncie rzeczy bardzo smutna, ściskająca za gardło i wzbudzająca w czytelniku poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Ponieważ Mojżesz widzi duchy zmarłych oraz ich wspomnienia, nie raz i nie dwa on i Georgia będą musieli stanąć przed trudnościami, które zaczną piętrzyć się przed nimi właśnie z tego powodu.

Powieść Amy Harmon ma w sobie dużo emocji, ale nie są to emocje z gatunku tych, które towarzyszą wielkim historiom. Prawo Mojżesza jest w porządku, choć bez fajerwerków. Ot, poprawna historia z niezłą fabułą, o której trudno się rozpisywać. Bywają lepsze.

Tytuł oryginału: The Law of Moses
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Editio

Ocena (1-10): 5 - przeciętna
To jedna z tych książek, po przeczytaniu której masz ochotę wpełznąć do mysiej dziury, schować głowę w piasek lub zacząć rozglądać się wokół i pogwizdywać, udając że absolutnie nic złego się nie dzieje. To jedna z tych książek, które obnażają smutną, często brutalną i przerażającą rzeczywistość wielu ludzi - i to tych, których nigdy w życiu nie podejrzewalibyśmy o to, że w ich życiu może dziać się coś bardzo, bardzo złego.

"Polska odwraca oczy" autorstwa Justyna Kopińskiej, to zbiór reportaży, które już na samym wstępie, w pierwszych swoich zdaniach dotykają do żywego, wywołują mdłości i wyciskają łzy. Są tu teksty, które czyta się ze ściśniętym gardłem, uczuciem niedowierzania i rosnącej wściekłości - jak ten o oddziale szpitala psychiatrycznego dla nieletnich, w którym przez lata znęcano się nad chorymi pacjentami, upokarzano ich i gnębiono, albo ten, w którym żona Mariusza Trynkiewicza mówi, jak wrażliwym i lubiącym dzieci człowiekiem jest jej mąż.

Kopińska jako reportażystka jest fenomenalna. Odważnie obnaża nieprawidłowości, patologie i niesprawiedliwość, które momentami wydają się być czymś, z czym trudno jest walczyć. Ta jej tytułowa Polska, która odwraca oczy, to tak naprawdę my sami, którzy nie reagujemy, gdy dzieje się coś złego, bo się boimy, nie chcemy się wtrącać, bo "od tego są odpowiednie służby". Tylko że bywa, że i te służby nie reagują lub mają związane ręce. To mocna i dosadna książka. W dodatku niełatwa, ale czasami po prostu nie ma innego wyjścia.

Liczba stron: 234
Wydawnictwo: Świat Książki

 
Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna


Dzień jak każdy inny. Ale tylko pozornie. Theodore stoi właśnie na gzymsie u szczytu szkolnej wieży i zastanawia się, jakby to było, gdyby skoczył i w ten sposób zakończył swoje nędzne życie. Tak po prostu ma. Śmierć go fascynuje, przyciąga i od dawna już zaprząta jego myśli. Wszystko jest nie tak, jak być powinno, a pojawiające się niczym fale okresy depresji, która całkowicie go pochłania, męczą go na tyle, że nie jest sobie w stanie z nimi poradzić. 


Lecz kiedy tak stoi na wieży, rozmyślając o swojej własnej śmierci, zauważa, że po drugiej stronie wieży, również na gzymsie, stoi dziewczyna. Zdezorientowany Theodore zaczyna do niej mówić, o byle czym, byle tylko odwrócić jej uwagę, w końcu mówi jej, że ma przełożyć nogę przez barierkę i stanąć w bezpiecznym miejscu. Po chwili z gzymsu schodzi i on, i tak wszystko się zaczyna.

Violet, bo tak ma na imię dziewczyna z wieży, cierpi po stracie siostry, która zginęła w wypadku samochodowym, w którym obie uczestniczyły. Violet przeżyła, lecz rozpacz i ból stały się jej nieodłącznymi towarzyszami. Ją i Theodore'a łączy zatem więcej niż mogłoby się wydawać i może właśnie dlatego ich relacja rozwija się i nabiera głębi. Wydaje się, że oboje rozkwitają - Violet pozwoli zaczyna zrzucać pancerz, który włożyła na siebie po śmierci siostry, a Theodore po raz pierwszy w życiu czuje, że jego życie nabiera sensu.

Wszystkie jasne miejsca autorstwa Jennifer Niven podejmuje temat samobójstwa, szczególnie trudny ze względu na fakt, że w ten konkretnej powieści dotyczy on nastolatków. Temat ten jest niezwykle istotny, zwłaszcza że według danych Światowej Organizacji Zdrowia samobójstwo stało się drugą najczęstszą przyczyną śmierci wśród osób w wieku 15-29 lat*. Niven w bardzo obrazowy sposób opowiada o tym, jak czują się Violet i Theodore, o tym, co ich męczy, złości, irytuje, doprowadza do szału i sprawia, że nie mają ochoty zupełnie na nic. W tym tunelu pojawia się jednak światło, bo oboje, mniej lub bardziej świadomie pomagają sobie nawzajem.

Niven udało się napisać bardzo dobrą powieść dla młodzieży, poruszającą i pouczającą jednocześnie. Taką, która uczy czytelnika bycia wyczulonym na wszelkie niepokojące sygnały płynące od jego znajomych i innych bliskich mu osób. No i przy okazji, czego nie można oczywiście pominąć, to po prostu bardzo dobrze napisana historia, którą czyta się doświadczając całego wachlarza emocji.

*http://www.who.int/mental_health/prevention/suicide/suicideprevent/en/

Tytuł oryginału: All the bright places
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Myślnik

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna
Mormoni, obok amiszów i chasydów, to jedna z najbardziej fascynujących mnie grup wyznaniowych. Specyficzni, tajemniczy i w naszym kraju słabo znani, w dodatku nieco mylnie kojarzący się przede wszystkim z wielożeństwem.

Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija znakomitego amerykańskiego alpinisty, dziennikarza i pisarza Jona Krakauera jest książką, która w ciągu zaledwie paru godzin pozbawiła mnie wszelkich złudzeń. Jeżeli nawet przez chwilę myślałam, że sformułowanie o wierze, która zabija, jest tylko celowym zabiegiem autora, nie mającym zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, zostałam bardzo szybko wyprowadzona z błędu i nie było to zbyt miłe doświadczenie.

Na świecie nie brakuje szaleńców, którzy przekonani o tym, że Bóg do nich przemawia, dopuszczają się ohydnych, niegodziwych, często wręcz brutalnych czynów. Są wśród nich przedstawiciele najróżniejszych wyznań, nie tylko islamu, który w ostatnich miesiącach i latach przez wielu obwiniany jest o całe zło tego świata. Krakauer w swojej książce pochylił się nad problematyką wyznawców mormonizmu, którzy po swojemu interpretując pewne kwestie, zapędzili się w swoich poczynaniach i dopuścili się aktów, które w ogóle nie powinny mieć miejsca. Pod sztandarem nieba mówi więc na przykład o wielożeństwie, które wciąż praktykuje wielu mormonów*. Krakauer wyraźnie sygnalizuje też, że nierzadkie były i wciąż bywają sytuacje, w których niepełnoletnie dziewczynki, w praktyce jeszcze dzieci, oddawane były za żony dla samozwańczych proroków. A to zaledwie kropla w morzu, w którym gęsto też od morderstw popełnianych na członkach kościoła "w imię Boga", w karze za na przykład nieposłuszeństwo.

Książka ta pełna jest podobnych, mrożących krew w żyłach, szokujących przykładów. Nie można jednak automatycznie zakładać, że stanowią one regułę. To wciąż jest margines, wyjątki niechlubnie wybijające się spośród całej reszty spokojnych, normalnie żyjących wiernych. Ale może właśnie dlatego sprawiają, że tę książkę czyta się z takim zainteresowaniem.

* Oficjalny Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich zakazuje poligamii i ekskomunikuje swoich członków, którzy się jej dopuszczają - gromadzą się oni w FLDS, czyli Fundamentalnym Kościele Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, w którym poligamii nie zarzucono.

Tytuł oryginału: Under the Banner of Heaven: A Story of Violent Faith
Liczba stron: 392
Wydawnictwo: Czarne

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra










Za książkę dziękuję Internetowej Księgarni BookMaster


"Real" Katy Evans rozgrzała mnie do czerwoności. "Mine", druga część tej historii, również. No bo co tu dużo mówić - seksowny, czuły i piękny jak sam diabeł bokser może poruszyć czułą strunę każdej kobiety, a ja na samą myśl topiłam się jak masło na rozgrzanej patelni.

Żeby być całkiem szczerą - "Real" i "Mine" to jedne z tych książek, na które niektórzy czytelnicy spojrzą pogardliwie i skierują wzrok w inną stronę, a cała reszta utonie w zachwycie. A ponieważ w tym właśnie momencie czytacie moje słowa, możecie śmiało zakwalifikować mnie do tej drugiej grupy.

Krążę wokół tego tekstu i krążę, zastanawiając się, jak i z której strony go właściwie ugryźć, żeby nie popsuć komuś radości czytania jakimś okropnym spoilerem. Wszystko, co przychodzi mi do głowy, brzmi niebezpiecznie, ale nie podaruję sobie, wybaczcie. Kto się boi, ten może śmiało podarować sobie dalszą część niniejszej opinii. Bye, bye!

Zatem do dzieła: Brooke i Remy znów podróżują wspólnie - on ponownie staje na ringu, ona ponownie zostaje jego fizjoterapeutką. Do czasu, w którym Brooke zachodzi w ciążę, a ciąża okazuje się być zagrożona. I tu się zatrzymam, bo oto na wierzch wyłania się największa głupota tej skądinąd naprawdę fajnej książki. Otóż Brooke, mimo tego, że zgodnie z informacjami pojawiającymi się w książce, w pierwszym trymestrze jest zagrożona poronieniem (o czym mówi jej TRZECH niezależnych ginekologów!) i absolutnie NIE WOLNO jej uprawiać seksu, beztrosko oddaje się masturbacji, zabawiając się z Remingtonem w sekstelefon. Daleko mi do wiedzy ginekologa, ale zdrowy rozsądek i literatura podpowiadają, że jeśli kobieta jest w pierwszym trymestrze zagrożonej ciąży, krwawi i generalnie nie jest zbyt wesoło, ostatnią rzeczą, o której powinna w tym momencie myśleć, są skurcze pochwy i dna macicy wywoływane przez orgazm. Jeśli więc o ten fragment chodzi, jest kicha na maksa. Nie wiem, czy Evans w ogóle zdawała sobie z tego sprawę - jeśli nie, to kiepsko.

Nie wpływa to jednak na fakt, że "Mine", tak samo jak "Real", czyta się rewelacyjnie, na jednym wdechu i niecierpliwie. Historie miłości takiej jak ta, która połączyła Brooke i Remy'ego są po prostu cudne. Wyidelizowane, może banalne, może pasują bardziej do wchodzącej w dorosłość studentki niż dziewczyny, której blisko już do trzydziestki, ale i tak mam z nich olbrzymią frajdę. I cholernie mnie to cieszy.

Tytuł oryginału: Mine
Liczba stron: 450
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Ocena (1-10): 7/10 - bardzo dobra









  
Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej BookMaster

Wyobraź sobie, że Twoje życie to niekończące się pasmo trudności. Że kiedy tylko wydaje się, że idzie ku lepszemu, nagle dzieje się coś, co obraca wszystko w gruzy. Że kochasz kogoś tak, że to aż boli, a ten ktoś nagle ginie, a Ty zostajesz sam... 

Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.

Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?

Tytuł oryginału: Finding Eden
Liczba stron: 287
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 - dobra