Dzień jak każdy inny. Ale tylko pozornie. Theodore stoi właśnie na gzymsie u szczytu szkolnej wieży i zastanawia się, jakby to było, gdyby skoczył i w ten sposób zakończył swoje nędzne życie. Tak po prostu ma. Śmierć go fascynuje, przyciąga i od dawna już zaprząta jego myśli. Wszystko jest nie tak, jak być powinno, a pojawiające się niczym fale okresy depresji, która całkowicie go pochłania, męczą go na tyle, że nie jest sobie w stanie z nimi poradzić. 


Lecz kiedy tak stoi na wieży, rozmyślając o swojej własnej śmierci, zauważa, że po drugiej stronie wieży, również na gzymsie, stoi dziewczyna. Zdezorientowany Theodore zaczyna do niej mówić, o byle czym, byle tylko odwrócić jej uwagę, w końcu mówi jej, że ma przełożyć nogę przez barierkę i stanąć w bezpiecznym miejscu. Po chwili z gzymsu schodzi i on, i tak wszystko się zaczyna.

Violet, bo tak ma na imię dziewczyna z wieży, cierpi po stracie siostry, która zginęła w wypadku samochodowym, w którym obie uczestniczyły. Violet przeżyła, lecz rozpacz i ból stały się jej nieodłącznymi towarzyszami. Ją i Theodore'a łączy zatem więcej niż mogłoby się wydawać i może właśnie dlatego ich relacja rozwija się i nabiera głębi. Wydaje się, że oboje rozkwitają - Violet pozwoli zaczyna zrzucać pancerz, który włożyła na siebie po śmierci siostry, a Theodore po raz pierwszy w życiu czuje, że jego życie nabiera sensu.

Wszystkie jasne miejsca autorstwa Jennifer Niven podejmuje temat samobójstwa, szczególnie trudny ze względu na fakt, że w ten konkretnej powieści dotyczy on nastolatków. Temat ten jest niezwykle istotny, zwłaszcza że według danych Światowej Organizacji Zdrowia samobójstwo stało się drugą najczęstszą przyczyną śmierci wśród osób w wieku 15-29 lat*. Niven w bardzo obrazowy sposób opowiada o tym, jak czują się Violet i Theodore, o tym, co ich męczy, złości, irytuje, doprowadza do szału i sprawia, że nie mają ochoty zupełnie na nic. W tym tunelu pojawia się jednak światło, bo oboje, mniej lub bardziej świadomie pomagają sobie nawzajem.

Niven udało się napisać bardzo dobrą powieść dla młodzieży, poruszającą i pouczającą jednocześnie. Taką, która uczy czytelnika bycia wyczulonym na wszelkie niepokojące sygnały płynące od jego znajomych i innych bliskich mu osób. No i przy okazji, czego nie można oczywiście pominąć, to po prostu bardzo dobrze napisana historia, którą czyta się doświadczając całego wachlarza emocji.

*http://www.who.int/mental_health/prevention/suicide/suicideprevent/en/

Tytuł oryginału: All the bright places
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Myślnik

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna
Mormoni, obok amiszów i chasydów, to jedna z najbardziej fascynujących mnie grup wyznaniowych. Specyficzni, tajemniczy i w naszym kraju słabo znani, w dodatku nieco mylnie kojarzący się przede wszystkim z wielożeństwem.

Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija znakomitego amerykańskiego alpinisty, dziennikarza i pisarza Jona Krakauera jest książką, która w ciągu zaledwie paru godzin pozbawiła mnie wszelkich złudzeń. Jeżeli nawet przez chwilę myślałam, że sformułowanie o wierze, która zabija, jest tylko celowym zabiegiem autora, nie mającym zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, zostałam bardzo szybko wyprowadzona z błędu i nie było to zbyt miłe doświadczenie.

Na świecie nie brakuje szaleńców, którzy przekonani o tym, że Bóg do nich przemawia, dopuszczają się ohydnych, niegodziwych, często wręcz brutalnych czynów. Są wśród nich przedstawiciele najróżniejszych wyznań, nie tylko islamu, który w ostatnich miesiącach i latach przez wielu obwiniany jest o całe zło tego świata. Krakauer w swojej książce pochylił się nad problematyką wyznawców mormonizmu, którzy po swojemu interpretując pewne kwestie, zapędzili się w swoich poczynaniach i dopuścili się aktów, które w ogóle nie powinny mieć miejsca. Pod sztandarem nieba mówi więc na przykład o wielożeństwie, które wciąż praktykuje wielu mormonów*. Krakauer wyraźnie sygnalizuje też, że nierzadkie były i wciąż bywają sytuacje, w których niepełnoletnie dziewczynki, w praktyce jeszcze dzieci, oddawane były za żony dla samozwańczych proroków. A to zaledwie kropla w morzu, w którym gęsto też od morderstw popełnianych na członkach kościoła "w imię Boga", w karze za na przykład nieposłuszeństwo.

Książka ta pełna jest podobnych, mrożących krew w żyłach, szokujących przykładów. Nie można jednak automatycznie zakładać, że stanowią one regułę. To wciąż jest margines, wyjątki niechlubnie wybijające się spośród całej reszty spokojnych, normalnie żyjących wiernych. Ale może właśnie dlatego sprawiają, że tę książkę czyta się z takim zainteresowaniem.

* Oficjalny Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich zakazuje poligamii i ekskomunikuje swoich członków, którzy się jej dopuszczają - gromadzą się oni w FLDS, czyli Fundamentalnym Kościele Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, w którym poligamii nie zarzucono.

Tytuł oryginału: Under the Banner of Heaven: A Story of Violent Faith
Liczba stron: 392
Wydawnictwo: Czarne

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra










Za książkę dziękuję Internetowej Księgarni BookMaster


"Real" Katy Evans rozgrzała mnie do czerwoności. "Mine", druga część tej historii, również. No bo co tu dużo mówić - seksowny, czuły i piękny jak sam diabeł bokser może poruszyć czułą strunę każdej kobiety, a ja na samą myśl topiłam się jak masło na rozgrzanej patelni.

Żeby być całkiem szczerą - "Real" i "Mine" to jedne z tych książek, na które niektórzy czytelnicy spojrzą pogardliwie i skierują wzrok w inną stronę, a cała reszta utonie w zachwycie. A ponieważ w tym właśnie momencie czytacie moje słowa, możecie śmiało zakwalifikować mnie do tej drugiej grupy.

Krążę wokół tego tekstu i krążę, zastanawiając się, jak i z której strony go właściwie ugryźć, żeby nie popsuć komuś radości czytania jakimś okropnym spoilerem. Wszystko, co przychodzi mi do głowy, brzmi niebezpiecznie, ale nie podaruję sobie, wybaczcie. Kto się boi, ten może śmiało podarować sobie dalszą część niniejszej opinii. Bye, bye!

Zatem do dzieła: Brooke i Remy znów podróżują wspólnie - on ponownie staje na ringu, ona ponownie zostaje jego fizjoterapeutką. Do czasu, w którym Brooke zachodzi w ciążę, a ciąża okazuje się być zagrożona. I tu się zatrzymam, bo oto na wierzch wyłania się największa głupota tej skądinąd naprawdę fajnej książki. Otóż Brooke, mimo tego, że zgodnie z informacjami pojawiającymi się w książce, w pierwszym trymestrze jest zagrożona poronieniem (o czym mówi jej TRZECH niezależnych ginekologów!) i absolutnie NIE WOLNO jej uprawiać seksu, beztrosko oddaje się masturbacji, zabawiając się z Remingtonem w sekstelefon. Daleko mi do wiedzy ginekologa, ale zdrowy rozsądek i literatura podpowiadają, że jeśli kobieta jest w pierwszym trymestrze zagrożonej ciąży, krwawi i generalnie nie jest zbyt wesoło, ostatnią rzeczą, o której powinna w tym momencie myśleć, są skurcze pochwy i dna macicy wywoływane przez orgazm. Jeśli więc o ten fragment chodzi, jest kicha na maksa. Nie wiem, czy Evans w ogóle zdawała sobie z tego sprawę - jeśli nie, to kiepsko.

Nie wpływa to jednak na fakt, że "Mine", tak samo jak "Real", czyta się rewelacyjnie, na jednym wdechu i niecierpliwie. Historie miłości takiej jak ta, która połączyła Brooke i Remy'ego są po prostu cudne. Wyidelizowane, może banalne, może pasują bardziej do wchodzącej w dorosłość studentki niż dziewczyny, której blisko już do trzydziestki, ale i tak mam z nich olbrzymią frajdę. I cholernie mnie to cieszy.

Tytuł oryginału: Mine
Liczba stron: 450
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Ocena (1-10): 7/10 - bardzo dobra









  
Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej BookMaster

Wyobraź sobie, że Twoje życie to niekończące się pasmo trudności. Że kiedy tylko wydaje się, że idzie ku lepszemu, nagle dzieje się coś, co obraca wszystko w gruzy. Że kochasz kogoś tak, że to aż boli, a ten ktoś nagle ginie, a Ty zostajesz sam... 

Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.

Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?

Tytuł oryginału: Finding Eden
Liczba stron: 287
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 - dobra 
Coś jest nie tak. Coś jest BARDZO nie tak. Wszystko ją boli, a dźwięki wokół niej są dziwnie stłumione. Kiedy Estelle Paradise budzi się, uświadamia sobie, że znajduje się w szpitalu. A to dopiero pierwszy szok. Drugi, ten gorszy, przychodzi, gdy Estelle uświadamia sobie, że jej siedmiomiesięczna córka zaginęła i że nie wiadomo, co tak naprawdę się z nią stało. A może... może to właśnie ona zrobiła jej krzywdę? 

Kiedy dziecko znika, zdarza się, że jednymi z głównych podejrzanych stają się rodzice. Doświadczenie pokazuje, że nie dzieje się to bez przyczyny, a w przypadku Estelle na jej niekorzyść przemawia bardzo wiele.
Bo nie radziła sobie z opieką nad dzieckiem.
Bo nie potrafiła uspokoić swojej często płaczącej córki i zdarzało się wręcz, że na ten płacz nie reagowała.
Bo brakowało jej wsparcia ze strony męża.
Przyczyny można mnożyć. Nic więc zaskakującego w tym, że po zniknięciu malutkiej Mii Estelle staje się główną podejrzaną. Bardzo wygodne wydaje się też być to, że kobieta twierdzi, iż niczego nie pamięta. Idealna pożywka dla mediów, wymarzona. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że w szpitalu psychiatrycznym Estelle trafia na lekarza, który naprawdę stara się jej pomóc. Tylko czy przyniesie to oczekiwane skutki?

Książka Alexandry Burt okazała się być emocjonującą lekturą, dotykającą moich najgłębiej ukrytych matczynych strachów. W dodatku, dzięki postaci Estelle autorka pokazała, z jakimi problemami borykają się często młode matki. Poczucie osamotnienia, przygnębienie, brak dostatecznej pewności siebie i bezradność. Alexandra Burt jest kolejną pisarką, która stworzoną przez siebie historią udowodniła, że urodzenie dziecka nie sprawia automatycznie, że kobieta wchodzi do pastelowego świata wiecznej macierzyńskiej szczęśliwości. Że pierwsze tygodnie, a nawet miesiące po porodzie, mogą być czasem zmęczenia, potu i łez i nie ma wówczas nic ważniejszego niż wsparcie najbliższych, a często i pomoc specjalisty. Właśnie ta kwestia w moim odczuciu zepchnęła na dalszy plan problem uprowadzenia tytułowej Mii, wokół której kręci się cała fabuła książki. I choć nie jest to jedna z najbardziej porażających powieści, jakie czytałam, to wciąż całkiem niezła i trzymająca w napięciu lektura.

Tytuł oryginału: Remember Mia
Liczba stron: 418
Wydawnictwo: Świat Książki

Ocena (1-10): 6 - dobra

 


Lato niby jest, a jakby wcale go nie było. W dni takie jak ten dzisiejszy, moje myśli wędrują ku chwilom pełnym słońca, ku błękitnemu niebu i ciepłej bryzie znad Zatoki, czyli wszystkiemu, o czym marzę, a czego złośliwie nie chce mi dać pogoda.

Ale ja mam lato, środek lipca, no ludzie kochani, jeśli pogoda nie współpracuje, to zamierzam ją zignorować. Gorąco zapraszam na #SUMMER LOVIN’ BOOK TAG, do którego zaprosiła mnie Olga z Wielkiego Buka.

1. Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Matthew Quick - Prawie jak gwiazda rocka

Leżę na ostatnim siedzeniu szkolnego autobusu 161 i dygoczę, pod czujnym spojrzeniem
supersłodkiego małego psiaka – no wiem, zachowuję się jak stuprocentowa dziewczyna.
- Tak rozpoczyna się słodko-gorzka powieść o nastolatce, której życie zdecydowanie nie oszczędzało i nie dawało jej powodów do zadowolenia. I niech was nie zwiodą pozory - Amber to jedna z najcudowniejszych bohaterek powieści młodzieżowych.  




2. Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Jojo Moyes - Zanim się pojawiłeś

Powieść Jojo Moyes zdecydowanie nie nadaje się do czytania poza domem, chyba że jako czytelnik masz ochotę zasmarkać się po kolana i ukazać światu swoje zapłakane oczy. Jeśli tak, to spoko. Jeśli nie, usiądź na tyłku i nie wychodź z domu, dopóki jej nie przeczytasz.  






3. Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na wyjazd

Jack Kerouac - W drodze

Klasyk. Jedna z tych powieści, które bardzo długo znajdowały się na mojej liście do przeczytania. Bałam się po nią sięgnąć, bo obawiałam się, że jej nie zrozumiem, że nie przypadnie mi do gustu, że uznam ją za jeden wielki, przereklamowany bełkot. A jednak nie doceniłam Kerouaca. W drodze jest powieścią, dzięki której obudził się mój wewnętrzny wędrowiec. Chciałoby się tak jak on, ruszyć w drogę, i niech będzie, co ma być.




4. Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

S.K. Tremayne - Bliźnięta z lodu

Wyśmienity thriller w chłodnym klimacie z wyspą w tle, gdzie wszystko kręci się wokół nieszczęśliwej śmierci jednej z tytułowych bliźniaczek i niepokojącego zachowania drugiej. Ciarki biegną po plecach jak spuszczone ze smyczy psy - jest nieźle i chwilami naprawdę przerażająco.   






5. Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła Cię w tym roku

Scott Sigler - Infekcja

Infekcja miała być książką, która zmiecie mnie z powierzchni ziemi i podsyci moje obawy związane z gigantyczną pandemią, czyli czymś, co znajduje się w TOP 5 moich największych strachów. Zamiast tego spotkało mnie olbrzymie rozczarowanie, a samą książkę przeczytałam chyba tylko dla własnego świętego spokoju. 3/10 - nie polecam.




6. Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych Twoich książek tego roku

Donna Tartt - Tajemnicza historia

Cudna, po prostu cudna! Pierwsza od niepamiętnych czasów, której z czystym sumieniem wystawiłam tłuściutką dyszkę. W styczniu pisałam o niej: "W tym tygodniu zaczynam od Tajemnej historii Donny Tartt. Nie powinno być źle, ale jak dobrze będzie? Jeszcze nie podejrzewam, że dwadzieścia cztery godziny później będę marzyła o tym, żeby autobus jechał jak najdłużej. Że śledzenie losów Richarda Papena będą dla mnie najważniejszym elementem każdego poranka i każdego popołudnia, czyli tych chwil, które spędzam w zatłoczonych i nie zawsze wystarczająco ogrzewanych autobusach.
A niech to."
WYŚMIENITA lektura.


Do dalszej zabawy nominuję Kasię z bloga Z pasją o dobrych książkach i Karolinę z bloga Tanayah Czyta.