Męska. Mocna. Doskonała. Już sama okładka mówi: uważaj, człowieku, będzie grubo. I jest. Grubo, brutalnie i... wulgarnie, ale tak właśnie być powinno, bo to nie książka o jednorożcach, tylko służbach specjalnych, gdzie nikt się z nikim nie będzie obchodzić jak z jajkiem.

Jarosław Pieczonka, bohater tej książki, jest człowiekiem, którego śmiało nazwać można prawdziwym twardzielem. Człowiek ze stali, twardy duchem i nie do złamania - a wielu było takich, którzy wystawiali go na próbę. W Służbach specjalnych mówi o swoim życiu i karierze zawodowej, która była (i wciąż jest!) niezwykle burzliwa oraz emocjonująca. Trudno jest nie odczuwać respektu przed człowiekiem, który jak stawał twarzą w twarz z najgroźniejszymi przestępcami i którego nie można było zastraszyć. Przez długi czas trójmiejska policja miała twarz Jarosława Pieczonki - i wydaje się, że nie ma w tym twierdzeniu ani kawałka przesady.
"Kojarzysz go?" - zapytałam kogoś, kto dobrze pamięta Gdańsk lat dziewięćdziesiątych. Odpowiedziało mi potakujące kiwnięcie głową.

Dla wielu Pieczonka to człowiek-legenda, funkcjonariusz, który nie cofnąłby się przed niczym, byle tylko postawić do pionu tych, którzy rozrabiali zbyt mocno. Ta książka, w której mówi o swoich latach służby jako funkcjonariusza publicznego, ujawnia nieco sposoby działania instytucji, które miały swoje dobre i złe strony, w których wiele było do podziwiania i równie dużo do skrytykowania. Jest świetna, robi ogromne wrażenie i zdecydowanie nie sposób się od niej oderwać.

 WOBLINK
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Otwarte

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna  









Książkę możesz kupić na: 




W lipcu 2012 roku napisałam:
"Marta i Bartek postawili wszystko na jedną kartę. Rzucili pracę i wybrali się w podróż dookoła świata, trwającą, jak się okazało, dokładnie 888 dni. Mongolia, Chiny, Kambodża, Wyspy Pacyfiku, Indonezja, Australia, Argentyna, Chile, Boliwia, Kolumbia… podróż przez 24 kraje, o których wielu z nas może tylko pomarzyć."


Moje wrażenia z pierwszej książki Marty Owczarek i Bartka Skowrońskiego były jak najbardziej pozytywne. Pamiętam to jak dziś - był lipcowy weekend, a ja czytałam ich książkę wylegując się w słońcu wpadającym do mojego mieszkania przez otwarte okna.

Minęło kilka lat i nagle BUM! Znowu oni, znowu o podróży. Czy chcę przeczytać? Chorego pytają, no jasne, że chcę! Przeczytałam więc, wchłonęłam tę ich historię, przemierzając wraz z nimi drogę na wschód, do Pamiru i jeszcze dalej. W deszczu, w słońcu, na motorach, wśród oblepiających ciało motyli i kąsających maszkar. Wśród gościnnych mieszkańców Rosji, Tadżykistanu, Kazachstanu i Uzbekistanu. Przez niegościnne błota i nieprzejezdne drogi. Znowu z Martą i z Bartkiem, jak z dobrymi znajomymi, których trudno nie żegnać ze smutkiem, gdy mówią: wybaczcie, musimy się już zbierać.

Byle dalej. Pod stopami słońca to jedna z tych książek, które czyta się z wszechogarniającym pragnieniem wyruszenia w daleką podróż. Gdziekolwiek, byle tylko wyruszyć. Gdziekolwiek, byle dalej. Przepiękne zdjęcia, cudowne poczucie humoru, dużo wzruszeń i przy okazji mojej autentycznej radości z ich szczęścia. Nie zastanawiać się. Czytać!

Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Świat Książki

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra
Każdy z nas ma swoje tajemnice. Mniejsze lub większe, mniej lub bardziej znaczące, zupełnie niegroźne i takie, których ujawnienie mogłoby mieć nieprzyjemne skutki. Często też kłamiemy. A nawet jeśli nie, to w najlepszym przypadku nie mówimy prawdy. Tylko jak długo można żyć w ten sposób, zanim zacznie nas to uwierać? Zanim zaczniemy czuć się niekomfortowo z tym, że coś ukrywamy?

Siedemnastoletnia Estella była świadkiem zbrodni popełnionej przez niebezpiecznego, zdolnego do największych okrucieństw członka mafii. Dla swojego bezpieczeństwa zostaje objęta programem ochrony świadków, urzędnicy zmieniają jej imię i wysyłają do małego miasteczka Thunder Basin w rolniczym stanie Nebraska, gdzie do uzyskania pełnoletności musi znajdować się pod opieką emerytowanej policjantki. Estella, teraz już jako Stella, jest przekonana, że tych kilka miesięcy, które przyjdzie jej tam spędzić, nie będą najlepszym okresem w jej życiu. Nic dziwnego, skoro jest dziewczyną z zamożnego domu, która przez długi czas robiła tylko to, na co miała ochotę, bo jej zajęta ćpaniem matka nie zwracała na nią żadnej uwagi. Jak będzie teraz? Czy Stella zdoła w swojej nowej tożsamości poczuć się zupełnie bezpiecznie?

Becca Fitzpatrick w Niebezpiecznych kłamstwach przedstawiła historię kilkorga ludzi, których losy skrzyżowały się z losami Stelli i wśród których nie tylko ona ukrywała prawdę. Wielu z jej nowych znajomych również miało sporo do ukrycia - rzeczy, które sprawiały im ból, rzeczy, których się wstydzili lub te, o których za wszelką cenę chcieli zapomnieć. Wraz z biegiem czasu zasłony znikają, a tajemnice i kłamstwa zostają ujawnione. Czy to jednak znaczy, że atmosfera się oczyszcza? Nie do końca, zwłaszcza że Stella raz za razem musi mierzyć się z rzeczywistością, która nie do końca jej odpowiada.

Niebezpiecznie kłamstwa są jedną z tych książek, które traktuję jako fajne czytadła na jeden chaps. Czyta się nieźle i szybko, a kolejne strony jakby same uciekają pod palcami, jedna za drugą. Zdecydowanie do polecenia dla tych, którzy cenią sobie niezobowiązujące historie. Wielbiciele (a raczej wielbicielki :)) new adult będą zadowoleni.

Tytuł oryginału: Dangerous lies
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Otwarte

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra



Nie ma znaczenia, czy o Holokauście przeczytam raz, osiem, czy trzydzieści osiem. Za każdym razem przeraża tak samo. Za każdym razem sprawia, że nie dowierzam temu, że coś podobnego mogło się dziać i przez długi czas nikt, absolutnie nikt z zewnątrz nie zrobił nic, by położyć temu kres. 

Machina śmierci rozpędzona przez hitlerowców zabrała za sobą miliony ludzkich istnień, a pamiętnik Mary Berg jest kolejnym wstrząsającym świadectwem Holokaustu, zdarzeń, które przez kilka lat łamały ludzi fizycznie i psychicznie. Mimo że autorka pamiętnika przetrwała i z zagłady wyszła, można by rzec bez szwanku, to jednak była uczestnikiem wydarzeń, które nigdy nie powinny były się zdarzyć i którego nikt nie powinien był doświadczać. A jednak miały miejsce, a ona, wówczas młoda, nastoletnia dziewczyna, na własnej skórze przeżyła największe w historii prześladowanie na tle religijnym i rasowym.

Mary mimo wszystko była szczęściarą, jakkolwiek dziwacznie nie brzmi to w odniesieniu do człowieka, który doświadczył Holokaustu. A szczęściarą była dlatego, że pochodziła z zamożnej rodziny, a jej matka była amerykańską obywatelką. Tylko lub aż tyle wystarczyło, by poziom życia Mary i jej rodziny diametralnie różnił się od losów kilkuset tysięcy innych Żydów mieszkających w warszawskim getcie. Pieniądze i urodzenie otwierały im wiele drzwi i ułatwiały życie, oczywiście na tyle, na ile w ogóle było to możliwe w sytuacji, w której każdy z mieszkańców getta codziennie drżał o życie swoje i swoich bliskich.

Pamiętnik Mary Berg jest jedną z tych książek, które przypominają, jak może skończyć się wyznaniowa i rasowa nienawiść. Co może się stać, gdy władza dostanie się w niepowołane, chętne do zbrodni ręce. Jest to książka szczególna, ważna zwłaszcza teraz, gdy z różnych stron znów dobiegają nas głosy pełne niechęci i nienawiści. Niech będzie przestrogą.

Tytuł oryginału: The Diary of Mary Berg: Growing up in the Warsaw Ghetto
Liczba stron: 428
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra


Podekscytowana i zaniepokojona jednocześnie - dokładnie tak czułam się, gdy psychicznie nastrajałam się do lektury Wioski morderców, pierwszej na polskim rynku książki niemieckiej dziennikarki i pisarki Elisabeth Herrmann. Ponieważ zewsząd dobiegały mnie głosy, że Wioska... to kawał świetnego thrillera, wyczekiwałam tej książki z dużą niecierpliwością. Jak się okazało, niepotrzebnie. 

Sanela Beara jest zwyczajną policjantką, której zawodowa droga nie do końca przebiega tak, jak by sobie tego życzyła. Sanela ma duże ambicje, jest błyskotliwa i inteligentna, kiedy więc przypadkowo zostaje wplątana w sprawę morderstwa na terenie ogrodu zoologicznego, angażuje się w tę sprawę mimo wyraźnych sprzeciwów swoich przełożonych, głównie Lutza Gehringa, naczelnika berlińskiego wydziału kryminalnego. 
Jak to zwykle bywa, samowola głównej bohaterki doprowadza do wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji. Herrmann tak umiejętnie zaplątała fabułę, że za nic w świecie nie potrafiłam dojść do tego, co tak naprawdę stało się w tytułowej wiosce morderców. Tym bardziej, że drugi z głównych bohaterów, młody psycholog Jeremy Saaler, również próbuje dociec przyczyn zaistniałej na terenie ogrodu zoologicznego zbrodni, o którą oskarżono jedną z zatrudnionych tam pracownic. Na korzyść książki działa jak dla mnie tylko to, że do samego końca nawet nie podejrzewałam, KTO i CO. Żadna to frajda, gdy już na początku domyślasz się rozwiązania zagadki - tutaj nie było o tym mowy. Na tym jednak plusy Wioski morderców się kończą. Niespecjalnie mnie ta książka porwała, ot, był to zwyczajny thriller, jakich wiele w swoim życiu przeczytałam, raczej bez fajerwerków. Przeczytany, odznaczony na liście, następny proszę. A szkoda.

Tytuł oryginału: Das Dorf der Mörder
Liczba stron: 548
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 5 - przeciętna
Miałam dwadzieścia dwa lata, chwilę wcześniej zdobyty licencjat i głowę pełną marzeń. O poranku wsiadłam do pociągu i pojechałam na drugi koniec Polski, żeby zamieszkać ze znacznie starszym ode mnie mężczyzną, w którym zakochałam się do nieprzytomności. Od tamtej chwili minęło sześć lat. Jest niedzielny poranek, leżymy w jednym łóżku, a pomiędzy nas wcisnął się z tabletem nasz trzyletni syn. Dlaczego o tym piszę?

Kiedy wzięłam do ręki czytnik, żeby przeczytać pierwszą książkę autorstwa Kasi Hordyniec, byłam pełna obaw. A co, jeśli mi się nie spodoba? Czytanie powieści napisanej przez kogoś, kto jest Twoim bliższym bądź dalszym znajomym, to cholernie stresująca sytuacja. Nigdy nie wiesz, czy będzie dobrze, czy źle, czy przypadkiem nie będziesz musiał zagryźć zębów i taaaaak? Naprawdę napisałeś książkę? Koniecznie muszę ją przeczytać!
Tym razem moje obawy były bezpodstawne. Kiedy bowiem okazało się, że główna bohaterka powieści, Lena, poznaje Jula, starszego od siebie o ponad dwadzieścia lat mężczyznę, odetchnęłam z ulgą. Wystarczyło, żebym przestała się obawiać, bo to nie mogła być zła historia.

I rzeczywiście, Poza czasem szukaj okazała się być fajną, przyjemną i wręcz "samoczytającą się" lekturą. Chwilami ciut nierzeczywistą, bo Lena i Jul, całkowicie obcy sobie ludzie, w zasadzie z marszu pokochali się miłością tak płomienną, że czasami przecierałam oczy ze zdumienia. Kiedy jednak przypomniałam sobie, jak to było w moim przypadku... niejeden by nie uwierzył, więc przyjęłam tę historię taką, jaka jest i czerpałam z niej dużo radości. Dla mnie ta książka opowiada przede wszystkim o rozpoczynaniu od początku i o tym, że nigdy nie jest za późno, by żyć w taki sposób, w jaki się chce. Helena postawiła wszystko na jedną kartę i z Koszalina przeniosła się do Warszawy. Mogła trzymać się tego, co znała i czego była pewna, a jednak podjęła ryzyko. Czy jej się to opłaciło? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w książce.

Jestem w stu procentach pewna, że debiutancka powieść Kasi zostanie przez Czytelników bardzo ciepło przyjęta - naprawdę na to zasługuje.

Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra