Wyobraź sobie, że Twoje życie to niekończące się pasmo trudności. Że kiedy tylko wydaje się, że idzie ku lepszemu, nagle dzieje się coś, co obraca wszystko w gruzy. Że kochasz kogoś tak, że to aż boli, a ten ktoś nagle ginie, a Ty zostajesz sam... 

Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.

Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?

Tytuł oryginału: Finding Eden
Liczba stron: 287
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 - dobra 
Coś jest nie tak. Coś jest BARDZO nie tak. Wszystko ją boli, a dźwięki wokół niej są dziwnie stłumione. Kiedy Estelle Paradise budzi się, uświadamia sobie, że znajduje się w szpitalu. A to dopiero pierwszy szok. Drugi, ten gorszy, przychodzi, gdy Estelle uświadamia sobie, że jej siedmiomiesięczna córka zaginęła i że nie wiadomo, co tak naprawdę się z nią stało. A może... może to właśnie ona zrobiła jej krzywdę? 

Kiedy dziecko znika, zdarza się, że jednymi z głównych podejrzanych stają się rodzice. Doświadczenie pokazuje, że nie dzieje się to bez przyczyny, a w przypadku Estelle na jej niekorzyść przemawia bardzo wiele.
Bo nie radziła sobie z opieką nad dzieckiem.
Bo nie potrafiła uspokoić swojej często płaczącej córki i zdarzało się wręcz, że na ten płacz nie reagowała.
Bo brakowało jej wsparcia ze strony męża.
Przyczyny można mnożyć. Nic więc zaskakującego w tym, że po zniknięciu malutkiej Mii Estelle staje się główną podejrzaną. Bardzo wygodne wydaje się też być to, że kobieta twierdzi, iż niczego nie pamięta. Idealna pożywka dla mediów, wymarzona. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że w szpitalu psychiatrycznym Estelle trafia na lekarza, który naprawdę stara się jej pomóc. Tylko czy przyniesie to oczekiwane skutki?

Książka Alexandry Burt okazała się być emocjonującą lekturą, dotykającą moich najgłębiej ukrytych matczynych strachów. W dodatku, dzięki postaci Estelle autorka pokazała, z jakimi problemami borykają się często młode matki. Poczucie osamotnienia, przygnębienie, brak dostatecznej pewności siebie i bezradność. Alexandra Burt jest kolejną pisarką, która stworzoną przez siebie historią udowodniła, że urodzenie dziecka nie sprawia automatycznie, że kobieta wchodzi do pastelowego świata wiecznej macierzyńskiej szczęśliwości. Że pierwsze tygodnie, a nawet miesiące po porodzie, mogą być czasem zmęczenia, potu i łez i nie ma wówczas nic ważniejszego niż wsparcie najbliższych, a często i pomoc specjalisty. Właśnie ta kwestia w moim odczuciu zepchnęła na dalszy plan problem uprowadzenia tytułowej Mii, wokół której kręci się cała fabuła książki. I choć nie jest to jedna z najbardziej porażających powieści, jakie czytałam, to wciąż całkiem niezła i trzymająca w napięciu lektura.

Tytuł oryginału: Remember Mia
Liczba stron: 418
Wydawnictwo: Świat Książki

Ocena (1-10): 6 - dobra

 


Lato niby jest, a jakby wcale go nie było. W dni takie jak ten dzisiejszy, moje myśli wędrują ku chwilom pełnym słońca, ku błękitnemu niebu i ciepłej bryzie znad Zatoki, czyli wszystkiemu, o czym marzę, a czego złośliwie nie chce mi dać pogoda.

Ale ja mam lato, środek lipca, no ludzie kochani, jeśli pogoda nie współpracuje, to zamierzam ją zignorować. Gorąco zapraszam na #SUMMER LOVIN’ BOOK TAG, do którego zaprosiła mnie Olga z Wielkiego Buka.

1. Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Matthew Quick - Prawie jak gwiazda rocka

Leżę na ostatnim siedzeniu szkolnego autobusu 161 i dygoczę, pod czujnym spojrzeniem
supersłodkiego małego psiaka – no wiem, zachowuję się jak stuprocentowa dziewczyna.
- Tak rozpoczyna się słodko-gorzka powieść o nastolatce, której życie zdecydowanie nie oszczędzało i nie dawało jej powodów do zadowolenia. I niech was nie zwiodą pozory - Amber to jedna z najcudowniejszych bohaterek powieści młodzieżowych.  




2. Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Jojo Moyes - Zanim się pojawiłeś

Powieść Jojo Moyes zdecydowanie nie nadaje się do czytania poza domem, chyba że jako czytelnik masz ochotę zasmarkać się po kolana i ukazać światu swoje zapłakane oczy. Jeśli tak, to spoko. Jeśli nie, usiądź na tyłku i nie wychodź z domu, dopóki jej nie przeczytasz.  






3. Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na wyjazd

Jack Kerouac - W drodze

Klasyk. Jedna z tych powieści, które bardzo długo znajdowały się na mojej liście do przeczytania. Bałam się po nią sięgnąć, bo obawiałam się, że jej nie zrozumiem, że nie przypadnie mi do gustu, że uznam ją za jeden wielki, przereklamowany bełkot. A jednak nie doceniłam Kerouaca. W drodze jest powieścią, dzięki której obudził się mój wewnętrzny wędrowiec. Chciałoby się tak jak on, ruszyć w drogę, i niech będzie, co ma być.




4. Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

S.K. Tremayne - Bliźnięta z lodu

Wyśmienity thriller w chłodnym klimacie z wyspą w tle, gdzie wszystko kręci się wokół nieszczęśliwej śmierci jednej z tytułowych bliźniaczek i niepokojącego zachowania drugiej. Ciarki biegną po plecach jak spuszczone ze smyczy psy - jest nieźle i chwilami naprawdę przerażająco.   






5. Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła Cię w tym roku

Scott Sigler - Infekcja

Infekcja miała być książką, która zmiecie mnie z powierzchni ziemi i podsyci moje obawy związane z gigantyczną pandemią, czyli czymś, co znajduje się w TOP 5 moich największych strachów. Zamiast tego spotkało mnie olbrzymie rozczarowanie, a samą książkę przeczytałam chyba tylko dla własnego świętego spokoju. 3/10 - nie polecam.




6. Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych Twoich książek tego roku

Donna Tartt - Tajemnicza historia

Cudna, po prostu cudna! Pierwsza od niepamiętnych czasów, której z czystym sumieniem wystawiłam tłuściutką dyszkę. W styczniu pisałam o niej: "W tym tygodniu zaczynam od Tajemnej historii Donny Tartt. Nie powinno być źle, ale jak dobrze będzie? Jeszcze nie podejrzewam, że dwadzieścia cztery godziny później będę marzyła o tym, żeby autobus jechał jak najdłużej. Że śledzenie losów Richarda Papena będą dla mnie najważniejszym elementem każdego poranka i każdego popołudnia, czyli tych chwil, które spędzam w zatłoczonych i nie zawsze wystarczająco ogrzewanych autobusach.
A niech to."
WYŚMIENITA lektura.


Do dalszej zabawy nominuję Kasię z bloga Z pasją o dobrych książkach i Karolinę z bloga Tanayah Czyta.
Jak musi czuć się ośmioletnia dziewczynka, której rodzice giną, a ona sama zostaje zabrana przez nieznajomego mężczyznę gdzieś daleko, do całkowicie odciętej od świata osady? 
Jak musi czuć się ta sama dziewczynka, gdy dowiaduje się, że w momencie, gdy ukończy osiemnaście lat, będzie musiała wyjść za mąż za swojego opiekuna, będącego jednocześnie przywódcą sekty? 

Mia Sheridan w książce Calder. Narodziny odwagi porusza temat, który w literaturze nie pojawia się zbyt często - jej bohaterowie są bowiem członkami apokaliptycznej sekty, której przewodzi charyzmatyczny Hektor. Młoda Eden, jako przyszła żona Hektora, żyje w zupełnie innych warunkach niż pozostali członkowie sekty. Choć w porównaniu do nich otaczają ją luksusy, tak naprawdę zamknięta jest w złotej klatce, w której do roboty ma niewiele poza przygotowywaniem się do jej przyszłej roli żony. Nic więc dziwnego, że Eden spragniona jest towarzystwa rówieśników - zwłaszcza Caldera, który zafascynował ją od pierwszego spojrzenia, gdy po raz pierwszy ujrzała go kilka lat wcześniej.

Calder natomiast jest jednym z tych członków sekty, którzy urodzili się już wewnątrz jej murów. O współczesnym nam świecie wie niewiele - tyle tylko, ile zdarzyło mu się od kogoś usłyszeć lub zobaczyć przypadkiem. Nie ma pojęcia o tym, co dzieje się poza społecznością, w której żyje, ale kiedy udaje mu się zbliżyć do Eden i zaczyna łączyć go z nią coś więcej niż tylko zwyczajne koleżeństwo, powoli budzi się w nim bunt przeciwko otaczającej go rzeczywistości. Może skończyć się to albo bardzo źle, albo bardzo dobrze. Pytanie brzmi - jak będzie?

Calder. Narodziny odwagi to kolejna niezła powieść z gatunku new adult, którą przeczytałam i która zdecydowanie przypadła mi do gustu. Jest w tych książkach coś takiego, również w tych autorstwa Mii Sheridan, że czyta mi się je z poczuciem wewnętrznej lekkości i ogromnej, dziecięcej wręcz frajdy. Może to ta "młoda" część mnie, która nigdy do końca nie zniknęła? Ta sama, która ekscytuje się kupowanymi dla syna autkami z serii Cars i Kevinem w Boże Narodzenie? Jakkolwiek by nie było, faktem jest, że Caldera... czytało mi się naprawdę nieźle. To zawsze fajne, gdy jako czytelnik mogę obserwować, jak budzi się miłość i jak zakochani w sobie ludzie stają twarzą w twarz z rzeczywistością, która czasami kopie mocniej niż Lewandowski. A tutaj rzeczywistość była gorzka i bohaterowie po tyłkach dostali porządnie. Więc jak, brzmi kusząco?

Tytuł oryginału: Becoming Calder
Liczba stron: 286
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 - dobra






Promyczek już od pewnego czasu regularnie pojawiał mi się na moim facebookowym i instagramowym newsfeedzie. W końcu, chwycona jak ryba na haczyk, poczułam, że się nie wywinę, więc postanowiłam: przeczytam.

Wystarczył mi tytuł, okładka i składana przez innych czytelników obietnica wyjątkowych emocji. Rzadko mi się to zdarza, ale przed rozpoczęciem lektury nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym jest ta powieść. Nie czytałam nawet opisu, więc nie spodziewałam się niczego konkretnego. Gdy w końcu dotarło do mnie, dlaczego Promyczek jest Promyczkiem, i o co właściwie w całej tej historii chodzi, poczułam się trochę jak zdradzona żona.

Dlaczego? DLACZEGO? - krzyczałam wewnątrz siebie, gdy zaczęłam domyślać się, w czym rzecz i że prawdopodobnie uronię nad tą historią niejedną łzę.
Zaczyna się niepozornie. Kate Sedgwick, młoda, utalentowana muzycznie dziewczyna, wyjeżdża na studia do Grant, małego miasteczka w Minnesocie. W San Diego zostawia swojego przyjaciela Gusa, z którym łączy ją wyjątkowa więź - Kate i Gus są dla siebie najważniejszymi ludźmi na świecie, przyjaciółmi, o jakich wielu z nas skrycie marzy. Choć teraz dzieli ich duża odległość, wciąż utrzymują ze sobą bliski kontakt.
Kate w nowym miejscu zaczyna powoli nawiązywać nowe znajomości. Zaprzyjaźnia się z Shelly, córką właścicieli kwiaciarni, w której dostaje pracę; grono jej przyjaciół poszerza się również o Claytona i Pete'a, sąsiadów z akademika. Dziewczyna poznaje też Kellera Banksa, chłopaka, który szybko staje się dla niej kimś więcej niż tylko znajomym baristą z ulubionej kawiarni w miasteczku. A jednak cały czas coś jest bardzo nie tak. Sygnały, które od początku Katie stara się przekazywać czytelnikowi, stają się coraz wyraźniejsze, aż w końcu BUM. Wszystko wybucha.

Promyczek sprawił, że w pewnym momencie poczułam, jakbym stała nad przepaścią i wystarczy tylko krok do przodu, a runę w dół. To nie było fair w stosunku do mnie, czytelnika, który nie spodziewa się, z której strony nadejdzie cios i choć do ostatniego momentu ma nadzieję, w pewnej chwili rozwiewa się ona niczym mgła. Promyczek zostawił mnie z poczuciem pustki, niedosytu i głębokiego smutku i myślą, że:


Tytuł oryginału: Bright Side
Liczba stron: 592
Wydawnictwo: Filia

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra
Wyjątkowa. Pełna klasy i pasji. Zdumiewająca. I mądra, mądra przede wszystkim. Panie i Panowie, oto ona. Jedyna i niepowtarzalna. Krystyna Janda. 
fot. Adam Kłosiński / źródło: krystynajanda.pl
Jej nazwisko to marka sama w sobie. Stanowi najlepszy dowód na to, że wytężoną pracą i oddaniem temu, co się najbardziej kocha, można wspiąć się na sam szczyt. A Krystyna Janda na szczycie jest od dawna i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej materii miało się zmienić - na szczęście. Najpierw jest ona, a potem długo, długo, długo nikt.

Ode mnie tylko kilka słów - reszty trzeba doświadczyć samemu. Rozmowa tej wybitnej polskiej aktorki z Katarzyną Montgomery (świetną dziennikarką, naprawdę, uwielbiam jej słuchać i ją czytać!), przeplatana felietonami pani Krystyny to absolutnie przepyszna rzecz do czytania. Bo to nie tylko opowieść o tym, w jaki sposób Janda jako aktorka rozkwitała, ale i okazja do refleksji nad wieloma sprawami - samoświadomością, wolnością, spełnianiem swoich marzeń, rodzicielstwem czy relacjami z innymi ludźmi. Krystyna Janda jest kobietą mądrą i tą swoją mądrością emanuje, wzbudzając podziw i głęboki szacunek. Książki takie jak ta czyta się z rosnącą ze strony na stronę przyjemnością, delektując się każdym słowem - w Pani zyskuje przy bliższym poznaniu od razu czuć, że spotkały się tu ze sobą dwie silne kobiety, których stosunki wykraczają poza zwykłą relację, jaka mogłaby dzielić tego, który wywiad przeprowadza z tym, który tego wywiadu udziela. Jest tu wzajemny szacunek i zaufanie oraz przede wszystkim szczerość i naturalność, bez których ta książka nie byłaby tak dobra.

Naprawdę, trzeba się przekonać na własnej skórze. Polecam gorąco.

Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra