Przeciągam się z rozkoszą po zjedzeniu na śniadanie świeżych, razowych bułeczek z twarogiem, szczypiorkiem i rzodkiewką. W tym samym momencie mieszkańcy najbiedniejszych części Sudanu Południowego przygotowują posiłek złożony wyłącznie z sorgo, bo tylko na tyle mogą sobie pozwolić. 

Na sobotni obiad planuję kotlety z dorsza, młode ziemniaki z koperkiem i kolorową surówkę z kilku warzyw. W tym samym momencie setki milionów ludzi zastanawiają się, czy w ogóle uda im się dzisiaj włożyć coś do ust. Jutro będzie podobnie. I pojutrze, i każdego kolejnego dnia. W każdej dobie, kiedy ja zjadam kilka dobrze zbilansowanych posiłków, dwadzieścia pięć tysięcy ludzi na całym świecie umiera z głodu. Każdego cholernego dnia. Gdy sobie to uświadomiłam, poczułam, jakbym z całej siły dostała pięścią w brzuch. Zabolało jak diabli.

Głód autorstwa argentyńskiego dziennikarza Martina Caparrósa to książka, która dotyka do żywego. Przeciąga po mentalnym żwirze i sprawia, że zaczynasz czuć się jak balon, z którego spuszczono powietrze. Caparrós nie patyczkuje się ze swoim czytelnikiem i pisze o tym, co stanowi codzienność zdecydowanie zbyt wielu ludzi. Uświadamia, że głód to nie tylko wzdęte brzuszki afrykańskich dzieci, ale coś znacznie więcej. Świadomość tego powoduje ogromny dyskomfort i poczucie, że w którymś momencie historii coś poszło bardzo nie tak. Że decyzje pewnych ludzi były małymi kulkami śniegu, które tocząc się, stopniowo zwiększały swój rozmiar i teraz trudno je zatrzymać. Głód to wstrząsające świadectwo życia ludzi, którzy każdy kolejny dzień witają świadomością, że nie wiadomo, co i kiedy będą mogli zjeść. To książka o tych, których największych marzeniem jest, żeby już nigdy więcej nie brakowało im pożywienia. Dlatego przeraża tak bardzo.

Tytuł oryginału: El hambre
Liczba stron: 716
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna 

Wybrałam złą scenografię. Lewa strona autobusu, siedzenie od strony okna, ulubione, wysiadywane tak często, że niemal moje własne. A jednak to nie było to, bo myślami uciekałam wciąż i wciąż. Na zalany słońcem parking, do kina, w góry i nad błyszczące w świetle księżyca wody jeziora. 

Nie wiem, czy kiedykolwiek się z tego wyleczę. Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czy kiedykolwiek będę chciała się z tego wyleczyć. Bo widzicie, jest kilka powszechnie znanych prawd, które wyświechtane do cna wydają się nie mieć już żadnego znaczenia. Jedna z nich mówi, że piękne jest to, co się komu podoba. Tadam! Myślę więc sobie, że piękne jest to, jak wiele przyjemności sprawia mi zanurzanie się w literaturze, na którą jestem już trochę za stara. Chociaż... chwila, chwila, bo coś tu chyba nie gra. Kto właściwie powiedział, że od dwudziestki w górę to już tylko Kerouac i jemu podobni, bo inaczej wstyd, idź stąd i nie wracaj i cotywogólewieszoliteraturze?

Ignoruję to zatem, z ekscytacją wsiąkając w historie, które były poza moim zasięgiem, gdy byłam nastolatką. Odwzajemnione miłości, tabuny przyjaciół i imprezy, które wspomina się do siedemdziesiątki. Ktoś mnie pokocha. 12 wakacyjnych opowiadań to jedna z tych książek, które pozwalają mi zapomnieć, że jestem już w tym wieku, kiedy należy pamiętać o rachunkach prąd i UPC, bo inaczej wyłączą i że bliżej mi do kremów przeciwzmarszczkowych niż tym przeciwko niedoskonałościom. I to jest właśnie najbardziej zachwycające, że dzięki książkom takim jak ta, gdzie każde opowiadanie to odrębna historia, mogę znowu poczuć się jak wtedy, kiedy największym moim problemem były wyniki rekrutacji na studia.

Stephanie Perkins wybrała do swojego zbioru opowiadania, w których młodzieńcza miłość nie zawsze smakuje jak truskawki z bitą śmietaną, ale bywa gorzka jak chinina. Choć nie jest to zbiór tak dobry jak Podaruj mi miłość, wciąż może zachwycać i na pewno urzeknie niejednego. Dwunastu autorów, dwanaście opowiadań - coś podobnego nie może rozczarować.
Ktoś mnie pokocha to smakowita książka, jedna z tych, które na pewno warto spakować do walizki i czytać na skąpanej w słońcu plaży. Wakacyjna, lekka i bardzo, ale to bardzo przyjemna.

Tytuł oryginału: Summer Days & Summer Nights: Twelve Love Stories
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Otwarte / Moondrive

Ocena (1-10): 6 - dobra
Do ideału daleko mi jak stąd na Marsa i z powrotem. Jest wiele rzeczy, których w sobie nie lubię - mam luźny brzuch i uda, które na skutek utraty kilkudziesięciu kilogramów falują radośnie, gdy tylko mam na sobie cokolwiek innego niż opinające dżinsy. Mam płaski tyłek, piersi jak sadzone jajka (równie dobrze mogłabym nosić stanik na plecach), a moja prawa łydka naznaczona jest żylakami, które wiją się jak Amazonka i jej dopływy. Brzmi tragicznie, prawda? 

Tyle że oprócz nich mam też kilka zalet, które skwapliwie w sobie pielęgnuję. Mam duże, zielone oczy o pięknym kształcie i długie rzęsy. Kształtne, ładnie zarysowane usta, wyraźnie zaznaczoną żuchwę i widoczne obojczyki, które uwielbiam.
Moje ciało, choć nieidealne, trzy lata temu pokazało, że dysponuje potężną siłą. Dało życie mojemu synowi i pozwoliło mi znów poczuć się dobrze z tym, jak wyglądam

Macierzyństwo bez Photoshopa przypomniało mi o tym, o czym czasami zdarza mi się zapominać. Że każda z nas, niezależnie od tego, jak wygląda, ma prawo czuć się jak bogini. Że każda z nas ma prawo czuć się dobrze w swoim ciele, nie bacząc na to, co mówią trendy. W książce tej zebrano wyznania kilkunastu kobiet i mężczyzn, którzy zdecydowali się napisać o tym, co czują w związku z tym, jak wyglądają i tym, jakich zmian dokonało w nich rodzicielstwo. Z każdego zamieszczonego w tym zbiorze tekstu emanuje ogromna siła - duma ze swojej kobiecości i faktu, że każda z nas, nawet jeśli daleko nam do współczesnego ideału urody, jest na swój własny sposób cudowna.

Jednocześnie w publikacji tej nie ma głosu mówiącego, że jeśli jesteś matką, śmiało możesz pozwolić sobie na to, by całkowicie osiąść na laurach i zatracić samą siebie. Wprost przeciwnie - Macierzyństwo bez Photoshopa motywuje do tego, byśmy niezależnie od tego, jak wyglądamy, pielęgnowały w sobie te cechy, z których jesteśmy dumne i byśmy z całą mocą czerpały ze swojej kwitnącej kobiecości i macierzyństwa. Właśnie dlatego ta książka jest tak dobra i tak ważna.

Liczba stron: 120
Wydawnictwo: Helion

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra 




Im dalej w las, tym gorzej, jak sądzę. Bujny drzewostan rzadzieje, czyniąc otoczenie coraz mniej przyjemnym. I podobnie sprawa ma się z piątą już książką z cyklu Masa o... polskiej mafii autorstwa Artura Górskiego i Jarosława Sokołowskiego. Było miło, ale się skończyło.

Już przy poprzedniej części cyklu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tego wszystkiego jest za dużo, że zaszło to za daleko, że wałkowanie po raz kolejny tego samego robi się nie tyle nudne, co zwyczajnie męczące. I choć nikt mi rąk nie wykręca i nie przystawia broni do głowy każąc czytać, to jednak mam poczucie, że robienie z czytelnika pelikana, który połknie wszystko, jest... no cóż.

W książce Masa o kilerach polskiej mafii na tapet wzięto tym razem tych, których ręce splamiły się cudzą krwią i którzy bez mrugnięcia okiem wykonywali wyroki śmierci wydane na członków konkurencyjnych lub nawet swoich własnych grup. Krew leje się tu wiadrami, a wśród bandytów co jeden, to gorszy - same przyjemniaczki, nie ma co. Mimo to (a może właśnie z tego powodu?) historie o kilerach nie wzbudziły we mnie żadnych intensywnych uczuć. Ślizgałam się po tej książce, niechętna do zbytniego zagłębienia się w opowiedziane w niej historie. Co za dużo, to niezdrowo. Czy odważę się sięgnąć po szóstą część cyklu, łapiąc się nadziei, że tym razem będzie lepiej? Kto wie? Czas pokaże.

Liczba stron: 256
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 5 - przeciętna
ISIS to jedno z tych słów, które już od pewnego czasu budzą we mnie duży niepokój. Od kiedy w doniesieniach z Bliskiego Wschodu zaczęły pojawiać się coraz bardziej przygnębiające informacje o działalności Państwa Islamskiego, pomyślałam, że oto na naszych oczach dzieje się coś, co na zawsze zmieni losy milionów ludzi i zamieni ich życie w piekło.

Sophie Kasiski, autorka książki Piekło ISIS uwierzyła ludziom, którzy wykorzystali jej słabość, małżeńskie problemy i tendencje do nawracających depresji. Chłonęła jak gąbka wszystkie kłamstwa, którymi raczyli ją jej znajomi, młodzi mężczyźni, którzy niewiele wcześniej uciekli z Francji do Syrii, żeby zaangażować się w walkę na rzecz ISIS, pozostawiając swoje rodziny w rozpaczy. Sophie wzięła ich słowa za dobrą monetę i wyruszyła za nimi, prosto w paszczę lwa, w dodatku zabierając ze sobą czteroletniego syna.

Nie raz i nie dwa czytałam tę książkę, nie dowierzając naiwności bohaterki. która uwierzyła na słowo komuś, kogo w gruncie rzeczy nie znała, i która pojechała do Syrii całkiem w ciemno, wierząc w zapewnienia obcych jej ludzi. I mimo że mamy XXI wiek i Internet niemal w każdym domu - to wszystko na nic. Sophie zabrała syna w strefę wojny, nie próbując nawet zorientować się w sytuacji i zweryfikować, czy to, co mówią jej znajomi, jest prawdą. Szybko jednak okazało się, że rzeczywistość jest bolesna, a kobieta w Państwie Islamskim znaczy tyle, co nic. Jest więc smutnie i strasznie jednocześnie, ale chciałoby się też powiedzieć, że dobrze ci tak, babo, skoroś głupia. Tylko że nie wszystko w życiu jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Nie zmienia to jednak faktu, że Sophie przyjechała na terytoria kontrolowane przez ISIS z własnej, nieprzymuszonej woli, kierując się wyłącznie fatamorganą, nie mającego nic wspólnego z prawdą.

Piekło ISIS nie była dla mnie książką, którą skwitowałabym głośnym wow. Choć czyta się ją szybko i tematyka zdecydowanie należy do interesujących, to jako całość prezentuje się raczej marnie, a moja osobista rezerwa w stosunku do bohaterki przechyliła szalę na jej niekorzyść. A szkoda.

Tytuł oryginału: Dans la nuit de Daech: Confession d'une repentie
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 5 - przeciętna
Żyjemy w dziwacznych czasach. Czasach, w którym posiadanie wolnego czasu jest czymś niepożądanym i budzącym najgorsze podejrzenia. 
- Masz wolny czas? No cóż, ja NIE MAM na nic czasu... - mówi ktoś z dezaprobatą, łypiąc przy okazji okiem z malującym się weń politowaniem. 


Dla wielu współczesnych ludzi Twój wolny czas oznacza, że robisz niewystarczająco dużo. Że za mało pracujesz. Że za mało się starasz. I że, mówiąc wprost, jesteś śmierdzącym leniem. W zasadzie nawet wydaje się, że o wolnym czasie nie powinno się mówić głośno, bo to nieprzyzwoite. Jeżeli nie masz na nic czasu, oznacza to, że dajesz z siebie wszystko i nie szukasz wymówek, jak inni. A czytanie? Na litość boską, nie mam czasu na książki!

Z miłością do czytania jest tak, że niezależnie od tego, jak wiele wolnego czasu się ma, i tak chciałoby się mieć go więcej. No bo w końcu życie płynie, czas mija, a książek nie ubywa. Znalezienie równowagi pomiędzy tym, co zrobić t r z e b a, a tym, co c h c e się zrobić dla samego siebie, to często niezwykle trudne zadanie. W czasach, kiedy zdarza się, że jedna praca to za mało, żeby godnie żyć (bo ciągnąć z trudem od pierwszego do pierwszego to jedno, a żyć godnie to dwie różne sprawy), zdarza się, że na czytanie rzeczywiście brakuje i czasu, i sił, i chęci. Co jednak zrobić, gdy ma się trudności z wygospodarowaniem czasu na lekturę, a chciałoby się czytać więcej niż dotychczas?

Czytaj w drodze

Mogłabym znaleźć dziesiątki wymówek. Nie czytam, bo pracuję, bo wychodzę z domu o wpół do siódmej, a wracam dwadzieścia po piątej. Nie czytam, bo mam trzyletniego syna i po pracy muszę udawać Zygzaka McQueena, budować wieże z klocków, lepić z kinetycznego piasku, przyrządzać tosty, dawać miliardy buziaków i łaskotać. Nie czytam, bo ktoś przecież musi posprzątać, zrobić kolację i zakupy, a w weekend jeszcze to, tamto, siamto i sramto. A jednak czytam.
Czytam w drodze do i z pracy. Zamiast bezmyślnie wpatrywać się w mijane każdego dnia gdańskie ulice, czytam. Ponieważ do pracy jadę ponad godzinę, w ciągu dnia mam do dyspozycji dwie i pół godziny na lekturę. A że szybko czytam, tyle wystarczy, żebym zdążyła przeczytać średniej grubości powieść.

Jeżeli korzystasz z komunikacji miejskiej, czas dojazdu do szkoły lub pracy spróbuj wykorzystać na lekturę. Nawet jeżeli podróż nie zajmuje Ci więcej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, zawsze będziesz o parę stron do przodu i kto wie, być może w ciągu tygodnia uda Ci się dzięki temu przeczytać dodatkową książkę?

Wykorzystaj popołudnie i wieczór

W zależności od tego, czy w Twoim domu słychać tupot małych stópek czy nie i tego, o której wstajesz rano, Twój wieczór może być albo bardzo krótki, albo bardzo długi. Mój należy do tych krótszych, dlatego też staram się, żeby w tygodniu maksymalnie o 21 mieć chwilę dla siebie. Ponieważ w trybie codziennej pobudki o 5:30, robię się senna już o 22, bardzo ostrożnie dobieram swoje wieczorne aktywności. Zwykle oglądam odcinek jakiegoś serialu i czytam od kilkunastu do kilkudziesięciu stron książki. Czasami jednak wygrywa serial, bo na książkę jestem już zbyt zmęczona.

Zastanów się nad tym, jak wygląda Twoje popołudnie i wieczór, i sprawdź, czy jesteś w stanie wygospodarować kilkadziesiąt minut na lekturę. Może uda Ci się znaleźć parę minut na czytanie po obiedzie, w trakcie jedzenia kolacji lub przed snem? Pomyśl, jakie aktywności zabierają Ci wiele czasu, a które z nich mógłbyś zamienić na czytanie. Na przykład...

Ogranicz internet

Serio. Już jakiś czas temu przyłapałam się na tym, że Facebooka i Instagram przeglądam w telefonie przynajmniej kilka razy dziennie i że tracę na to absurdalnie dużo czasu, który mogłabym wykorzystać znacznie lepiej. Bezmyślne przeglądanie sociali nie daje mi absolutnie nic i równie dobrze mogłabym to robić raz dziennie - niczego bym na tym nie straciła. Gdy pewnego razu przeglądałam Fejsa w momencie, gdy miałam układać z synem klocki, on w pewnej chwili powiedział: "mamo, odłóś tejefon". To było jak strzał prosto w pysk. Otrzeźwiałam. Odłożyłam. Ograniczyłam. Nie bolało.

Spójrz prawdzie w oczy i zastanów się, jak wiele czasu w ciągu dnia spędzasz na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Kwejku czy Pudelku i czy jest to dla Ciebie naprawdę aż tak istotne. Ogranicz czas spędzony w sieci do minimum, a zapewne okaże się, że dysponujesz całkiem pokaźną pulą wolnego czasu, który możesz przeznaczyć na czytanie.

Uda Ci się, jeśli naprawdę tego chcesz

Powyższe sugestie oczywiście na nic się przydadzą, jeżeli absolutnie nie zależy Ci na tym, żeby czytać więcej lub żeby czytać w ogóle. Jeśli nie chcesz, to jest to Twój wybór, tak samo jak moim wyborem jest, żeby nie oglądać telewizji - po prostu nie mam na to ochoty, wolę robić coś zupełnie innego. Wiem jednak, że gdybym chciała, znalazłabym na nią czas, zabierając go innej, mniej istotnej aktywności. Każdy z nas jest w stanie gospodarować swoim czasem w taki sposób, by zrobić dla siebie coś dobrego. Nawet jeśli nie codziennie, to przynajmniej raz w tygodniu. Używanie wygodnego "nie mam czasu" to naprawdę kiepska wymówka.

Nie dziękujcie.